Historia rodu Oko

Początki rodu Oko giną gdzieś w mrokach dziewiętnastego wieku i niepamięci żyjących obecnie. Jak wieść głosi nieznany z imienia nasz pradziad miał dwóch synów. Jednym z nich był Andrzej Oko. Drugi, Walenty, miał syna – Jana Oko, profesora na Uniwersytecie Wileńskim. Wracając do Andrzeja, to od niego wywodzimy się my – Oka z Gliwic, Katowic i Poznania. Andrzeja wnuk – Władysław – jest bardzo dobrze znany rodzinie ze Śląska. O samym Andrzeju nie wiadomo wiele. Urodził się prawdopodobnie w połowie XIX wieku, może w latach 60-tych. Zapytacie gdzie? Też nie wiadomo. Być może w Przystani, może w okolicy. Wiadomo, że miał trzech synów: Jana, Piotra i Michała. Zajmę się tu i teraz tylko Janem i jego potomkami.
Jan urodził się w 1889 roku w Przystani (powiat Żółkiew, obecna Ukraina), jako najstarszy syn Andrzeja i Margaritty zd. Keller. Był swego czasu prezesem Strzelca. U nich w gospodarstwie była wtedy najlepsza woda w okolicy. Jego syn – Władysław wspomina, że nawet dziedzic poił u nich konie. Ze wspomnień Władysława wiemy, że na początku II Wojny Światowej stacjonowało u nich wiele Wojska Polskiego. Pamięta całe mnóstwo karabinów, kawalerię stacjonującą w ich gospodarstwie. Armaty i konie były trzymane w pobliskim lesie. Wspominany Władysław jest najstarszym synem Jana. Jan miał ich jeszcze trzech: Tadeusza, Michała i Piotra. W trakcie wojny – 10 lutego 1940 roku nocą – całą rodziną zostali zabrani „na przesłuchanie do Lwowa” – jak poinformował ich wojskowy sowiecki, a tak naprawdę zostali wywiezieni na Sybir. Jan i jego syn – Piotr – mieli już stamtąd nie wrócić. Jan zmarł 20 lutego 1945 roku, cztery lata po swoim synu Piotrze (zm. 10 lutego 1941). Na Ukrainie pozostało wszystko – majątek, dokumenty, pamiątki, etc. Nic z tego nie udało się odzyskać. Ponoć teraz jest w miejscu domu pole. Jest to wielka strata z punktu widzenia historyka rodziny. Gospodarstwo miało 13 ha ziemi ornej, 1,5 ha lasu, dom mieszkalny z werandą, pięcioizbowy, podmurowany, kryty gontem, podpiwniczony, budynek kuźni z wyposażeniem kowalsko – ślusarskim (Jan uczył się rzemiosła kowalskiego u Henryka Oko), murowany podziemny spichlerz na płody rolne, stodołę z dwoma wjazdami, stajnię i chlewy, młociarnię, kierat, kosiarkę, siewnik, sanie, krowy, konie, świnie i drób.
Cofnijmy się jeszcze o dwadzieścia lat. Czasy końca I Wojny Światowej, bądź tuż po. W interesującej okolicy odbywa się wesele! To Jan Oko żeni się z Julią zd. Podhajny. Biją dzwony, trwa zabawa. Był tam zapewne brat panny młodej – Władysław Podhajny. On jeszcze przed 1939 będzie głównym bohaterem kolejnego weseliska. Szczęśliwą wybranką była Praskewia Moroz. Będą mieli trójkę dzieci, m. in. Stefanię, która przyszła na świat 1 marca 1938, niedługo przed tragicznymi wydarzeniami. Jej rodzina wraz z rodziną Jana została wywieziona na Sybir. Po wojnie Stefania pozna czarującego Kazimierza Machaczka, wyjdzie za niego i będą mieli córkę – Joannę, dziś znaną nauczycielkę angielskiego.
Rodzina Stefki też miała gospodarstwo rolne. Właściwie to oba interesujące gospodarstwa były scalone w jedno w praktyce. Jednak z prawnego punktu widzenia Władysław Podhajny miał: 12 ha ziemi ornej, 1,5 ha lasu, dom mieszkalny czteroizbowy, podpiwniczony i podmurowany, kryty gontem, stodołę z jednym wjazdem, stajnię, chlewy, szopę na inwentarz gospodarczy, młociarnię, wozy, sanie, pługi, brony, siewnik, silnik, konie, krowy, owce, drób i świnie.
Z Syberii wrócili i Władysław i Stefania. Wrócili także pozostali braci Władysława i ich rodziny mieszkają w Poznaniu. Władysław ze Stefanią zamieszkali na Śląsku. Z dziejów najnowszych należy zaznaczyć, że 6 stycznia 1952 odbyło się kolejne wesele. Z Francji do kraju wróciła Wanda, która rozkochała w sobie Władysława i doprowadziła go przed ołtarz. Radości było co niemiara, choć czasy były niełatwe. Oni to dali życie Tadeuszowi i Mieczysławowi. Pierwszy z nich ożenił się ze Zdzisławą zd. Porczak i ma dwie wspaniałe córki: Annę i Martę, z których pierwsza pracuje w Komisji Papierów Wartościowych, a druga studiuje. Mieczysław zaś ożenił się z Agnieszką zd. Mazanek i ma dwóch synów: Jana i Tadeusza. Pierwszy jest w Seminarium Duchownym i historykiem rodzinnym (czyli krócej – to ja) i nie zapowiada się by przedłużył ród ;). Cała więc nadzieja w młodszym, świeżo upieczonym studencie socjologi.

Rodzina Reichardt de Reichardsperg

Całość jest cytatem z ksera dokumentu, który mam w posiadaniu.
Franciszek Reichardt de Reichardsperg (senior) i jego żona Józefina Rapalska, która pochodziła z Pesztu to nasi przodkowie. Rodzina Reichardów pochodziła z Austro-Węgier, byli w niej głównie wojskowi. Sygnowali się herbem nadanym po 1790 roku (do 1790 roku tylko 3 róże) w pełnym wizerunku: po trzy róże i lew na przeciwległych polach. Pisownia jest różna, na metryce Józefa Kisielewskiego jest pisane nazwisko „Reichardt”. Na fotografii rodziny Reichardtów jest bardzo dużo węgierskich imion oraz nazw miejscowości. Franciszek był Dyrektorem Lasów u hr Potockiego w Łańcucie. Początkowo mieszkał z rodziną w Dąbrówkach w domu służbowym. Jest to drewniany dworek w centrum Dąbrówek, naprzeciw „domu z kolumnami” po prawej stronie jak jedzie się od Rakszawy. Nieco dalej, na skraju lasu figura św. Józefa z napisem JRR 1899. Jest to wotum dziękczynne Józefiny Reichardowej z uratowanie jej rodziny od zarazy cholery. Po wielu latach pracy i zamieszkiwania na Dąbrówkach, gdzie urodziły się dzieci, np. Zofia, być może, że córki Zofii też, wybudował w Łańcucie dom – willę na owe czasu bardzo nowoczesną, obszerną z wieżyczką podobną w kształcie do wieży kościoła farnego z Łańcuta. Były w tym domu wszelkie udogodnienia, np. winda z kuchni do jadalni. Dziś jest tam urząd podatkowy – jest to posesja za starostwem, po lewej stronie ulicy Rzeszowskiej, jadąc z Łańcuta, granicząca z ulicą Tkacką. Reichardowie szczególnie stary Franciszek pragnął, aby ten dom był wianem dla dzieci i wnuków. Tak się jednak nie stało. Po jego śmierci sprzedano dom Potockiego. W domu Kisielewskich jest dokumen, w którym Aleksander zobowiązuje się spłacić małoletnie Wandę i Łucję jako spadkobierczynie Zofi. Znowuż też słyszałam, że pieniędzy potrzebowała Bogumiła aby ratować swoją Fabrykę. Franciszek i Józefina umarli razem. Anna Kisielewska wiele razy słyszała opowieści o starych Reichardach pielęgniarki i akuszerki, niejakiej Teichmanowej, która mieszkała zaraz koło nas (na ul. Jagiellońskiej) i zachodziła aby popatrzeć na fotografie. Te opowieści były o planach i manierach „Starego”, a takie to, że gdy wynoszono z domu trumnę ze zwłokami Franciszka w 1912, właśnie umierała Józefina i Teichmanowa ją pielęgnowała. Czasem ktoś mówi, że ten dom był Potockiego, nie!, on został upaństwowiony owszem po 45, ale na pewno był własnością Reichardów. „Starych” pochowano w grobowcu na starej części cmentarza w Łańcucie, przy głównej alejce, po prawej stronie, duża smukła kaplica, o ładnych wąskich drzwiach za kratą, u góru bardzo już nieczytelny napis „Boże bądź miłościw”. W tej kaplicy odprawiano zawsze Msze św., dotąd chyba, dokąd żyła Wanda Reichardowa (do 70tych lat), synowa „Starych” (z domu „Nad Stawem”. Należy też pamiętać, że grobowiec ten i kaplica na pewno są Reichardów, a nie Kahanych, czyli rodziny sławnego „Sambry”[nieczyt. – Jan Oko] Kahanego („Bez ręki”) bohatera powstania styczniowego, ojca czy dziadka „Wandy znad Stawu”. W tym grobowcu leżą: Franciszek i Józefina Reichardowie, ich córka Zofia Wyrzych, ich wnuczka Walunia Wyrzykówna, ich wnuczka Wanda Kisielewska, ich synowa Franciszkowa – Wanda Reichardowa, oraz siostra Wandy Krokowska (ponoć na schodach leży trumna). Klucze od kaplicy miał i pewnie ma p. Krokowski z Rzeszowa. Wanda Reichardowa, synowa najstarszego Franciszka (juniora) przepisała po śmierci cały majątek na siebie i potem zapisała na swoje siostry.

Stary Franciszek miał potężną bibliotekę (unikat) o tematyce leśno – myśliwskiej. Pisano o niej w czasopiśmie leśników „Las Polski” – „Co się stało z biblioteką Fr. Reicharda”. Pewnie „poszła” razem z domem do Potockiego. Rzekomo były te zbiory w Julinie, ale chyba za hr. Potockiego. Po wojnie pewnie je zabrał ze sobą.

U nas w domu są zdjęcia Franciszków. „Stary” był surowy. Pewna starsza pani wspominała swoje gimnazjalne czasy (właściwie była w Seminarium Nauczycielskim ss Boromeuszek, na ul. Grunwaldzkiej), kiedy ich nauczycielka przestrzegała aby „nie opierały się o ławkę p. Reicharda, bo on tego nie lubi”. Mieli pięcioro dzieci Franciszka (1), Zofię (2), Stefana (4), Bogumiłę (3), Aleksandra (5).

Na klepsydrze po jego śmierci: ” em. Dyrektor lasów Ordynacji Łańcuckiej”

W poszukiwaniu dziesiątej planety

Postanowiłem zamieścić tu mój artykuł, który ukazał się kiedyś w Wiedzy i Życiu (nr 5/1999). Jest to pierwszy mój artykuł, który został opublikowany.

Czy Pluton jest planetą? A jeżeli nie jest – to jakim obiektom w Układzie Słonecznym należy się ten zaszczytny tytuł? Zawsze było dla mnie oczywiste, że w Układzie Słonecznym jest dziewięć planet: Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun i Pluton. Po lekturze Sygnału pt. Za Neptunem [„Wiedza i Życie” nr 6/1998] zacząłem jednak zastanawiać się: czego brakuje Plutonowi, że odmawia mu się miana planety? Porównałem go z innymi ciałami niebieskimi i doszedłem do wniosku, że należy zacząć od początku, czyli poszukać oficjalnej definicji planety. Oto co znalazłem:
PLANETA/PLANETY:
1) Encyklopedia Popularna (PWN 1982): Typ obiektów astronomicznych, do którego należy Ziemia; ciała niebieskie o średnicach większych od około 1000 km, obiegające gwiazdę, widoczne dzięki oświetleniu ich promieniowaniem gwiazdy,
2) T. Zbigniew Dworak i Konrad Rudnicki, Świat planet z serii Biblioteka Problemów (PWN 1985, wyd. II): Planety są ciałami wyjątkowymi już przez samo to, że łączą w sobie właściwości różnych ciał niebieskich. W nich bowiem, chociaż w mniejszej skali niż w gwiazdach, przebiegają jądrowe zjawiska promieniotwórcze, w ich wnętrzach i atmosferach zachodzą również pewne zjawiska elektryczne i magnetyczne, a ponadto spotykamy się tutaj ze zjawiskami znacznie subtelniejszymi, które mogą zachodzić właśnie dlatego, że planety pod względem temperatury i masy są czymś pośrednim pomiędzy gwiazdami i bryłami materii w pyle międzygwiazdowym. […] Wreszcie sądzimy, że wyłącznie na planetach może rozwijać się życie organiczne.
3) Carl Sagan, Błękitna kropka. Człowiek i jego przyszłość w kosmosie z serii Na ścieżkach nauki (Prószyński i S-ka 1996): Planety nie są gwiazdami, lecz ciałami niebieskimi, które – tak jak Ziemia – krążą wokół Słońca utrzymywane siłą jego grawitacji.
CO NIE PODOBA MI SIĘ W TYCH DEFINICJACH?
ad 1) W naszym Układzie Słonecznym jest wiele ciał przekraczających rozmiarami 1000 km. Są to: Merkury, Wenus, Ziemia, Księżyc, Mars, Jowisz, Io, Europa, Ganimedes, Kallisto, Saturn, Tetyda, Dione, Rhea, Tytan, Iapetus, Uran, Ariel, Umbriel, Titania, Oberon, Neptun, Tryton, Pluton, Charon. Na granicy jest być może największa z planetoid – Ceres, która ma średnicę ponad 900 km. Nie odkryte ciała o takich rozmiarach mogą także znajdować się w obłoku Oorta i w pasie Kuipera.
Według cytowanego Sygnału, największym składnikiem pasa Kuipera jest Pluton (średnica 2300 km), ale czy na pewno nie ma tam obiektów tych tylko trochę od niego mniejszych, o średnicy przekraczającej 1000 km? Trudno w to uwierzyć.
Czy księżyce nie obiegają gwiazdy? Obiegają! Wydaje się, że w sposób bardziej złożony niż planety, ale… Na ruch planety w Układzie Słonecznym składa się nie tylko jej ruch wokół Słońca, lecz także obrót wokół własnej osi oraz – jeżeli posiada księżyc – ruch wokół środka masy układu „planeta -księżyc”. Dokładnie tak samo zachowują się księżyce! W przypadku planety zapomina się o jej ruchu wokół wspomnianego środka masy, a widzi się ruch księżyca wokół planety, co przecież jest tylko uproszczeniem. Ruch każdego z tych ciał (planety i księżyca) wokół gwiazdy daje się rozłożyć na dokładnie takie same ruchy składowe.
Wymóg, by planety świeciły światłem odbitym, jest nieistotny, ponieważ nie pozwala ograniczyć ich liczby. Wszystkie obiekty w naszym Układzie są widoczne głównie dzięki promieniowaniu słonecznemu; same emitują minimalne ilości energii (rekordzista w tej konkurencji, Jowisz, wytwarza w swym wnętrzu nie więcej niż 10% energii, jaką otrzymuje ze Słońca). Ponieważ te ilości są bardzo małe, można je pominąć.
Z pierwszej definicji wynikałoby więc, że istnieją trzy samotne planety (Merkury, Wenus, Mars), trzy układy podwójnych planet (Ziemia-Księżyc, Neptun-Tryton i Pluton-Charon), dwa układy z pięcioma składnikami (układ Jowisza i układ Urana) oraz jeden układ z sześcioma składnikami (układ Saturna). W sumie 25 planet, plus ewentualne nie znane nam planety z pasa Kuipera i obłoku Oorta.
ad 2) Rzeczywiście, w planetach zachodzą jądrowe zjawiska promieniotwórcze. Ale czy we wszystkich? Co do Plutona można mieć wątpliwości. Poza tym nietrwałe izotopy promieniotwórcze mogą występować (i rozpadać się) także na tych ciałach niebieskich, których do planet nie zaliczamy. Uwaga! Merkury nie ma własnej atmosfery. Można powiedzieć, że jego atmosfera jest „pożyczona” od Słońca (za pośrednictwem wiatru słonecznego). Również Pluton prawdopodobnie nie ma atmosfery. Na planetach posiadających atmosferę mogą rzeczywiście zachodzić zjawiska elektryczne.
Co do zjawisk magnetycznych – wiemy, że istnieją pola magnetyczne wokół Ziemi, Jowisza, Saturna, Urana i Neptuna. Wokół Wenus i Marsa takie pole prawdopodobnie nie istnieje (lub jest bardzo słabe). Na planetach i w ich wnętrzach temperatura waha się od 130 000°C (wnętrze Jowisza) do 220°C (powierzchnia Plutona). Na temat możliwości występowania życia nie chcę się wypowiadać, ponieważ mogą istnieć takie jego formy, które nie są dla nas rozpoznawalne. Tak więc, zgodnie z drugą definicją, planetami są Ziemia, Jowisz, Saturn, Uran i Neptun.
ad 3) Ta definicja dopuszcza wręcz niesamowite ilości planet. Będą nimi wszystkie ciała o średnicach od dziesiątków tysięcy kilometrów do kilku milimetrów (a nawet mniej).
ILE WIĘC JEST TYCH PLANET?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy ustalić kryteria, według których różne ciała niebieskie będziemy zaliczać do grupy planet.
Obiekt TMR 1C (zdjęcie obok) może być bezpańską planetą, która, zamiast statecznie krążyć wokół swego słońca, tuła się samotnie w przestrzeni międzygwiazdowej

Niewątpliwie ważnym aspektem są rozmiary klasyfikowanych obiektów. Bardzo często wymieniana jest granica 1000 km. Moim zdaniem, ze względów czysto praktycznych ustala ona bardzo dobry zakres wielkości. Kolejna sprawa to emisja promieniowania. Każde ciało w Układzie Słonecznym ma temperaturę powyżej 0 K, tak więc może być źródłem promieniowania. Tą drogą nie ograniczymy liczby planet. Szukając ograniczeń, byłbym skłonny twierdzić, że planety są samotnymi „wyspami” materii i że nie powinny należeć do żadnych ogromnych struktur (takich jak pas asteroid i pas Kuipera). Z listy planet Układu Słonecznego skreślam więc Plutona i Charona. Wszelkie dodatkowe założenia wydają się mniej lub bardziej sztuczne. Jestem więc gotowy do sformułowania definicji planety i podania listy obiektów, które zgodnie z nią są planetami:
Zatem, moim zdaniem, planeta to ciało niebieskie o średnicy większej od 1000 km, emitujące niewielkie (w porównaniu z gwiazdami) ilości promieniowana. Planety nie należą do żadnych pasów czy obłoków, są „wyspami” materii w układach planetarnych. Listę odpowiadających tym kryterium planet Układu Słonecznego zawiera tabela na poprzedniej stronie.
Na koniec musimy jednak zdać sobie sprawę z pewnej zasadniczej wątpliwości. W definicjach powtarza się sformułowanie: …Planety krążą wokół gwiazdy… Czy na pewno wszystkie? W maju 1998 roku odkryto obiekt o nazwie TMR 1C [patrz: Sygnały, Niechciana planeta, „WiŻ” nr 8/1998]. Niektórzy uczeni sądzą, że jest to planeta, inni – że trzeci składnik układu gwiazdowego TMR1 (w tym przypadku miałby to być brązowy karzeł). Jeśli jest to planeta, to została wyrzucona z układu TMR1 przez siły grawitacyjne tworzących go gwiazd. Więc może planety nie muszą znajdować się w układach planetarnych? Może niektóre z nich tułają się w przestrzeni międzygwiezdnej całkiem samotnie, a na ich niebach zamiast słońc świecą tylko malutkie punkciki dalekich gwiazd?

Od redakcji: w lutym br. w sprawie Plutona wypowiedziała się jedyna instytucja na Ziemi, która może go oficjalnie zdegradować: Międzynarodowa Unia Astronomiczna. Zmiana statusu Plutona na razie nie jest brana od uwagę, ale nie wyklucza się jej w dalszej przyszłości.

Autor artykułu jest uczniem I klasy Społecznego Liceum Ogólnokształcącego STO im. Stanisława Konarskiego w Katowicach.

Bilikowie w średniowieczu

Wszystko poniżej to cytat z: Roman Sękowski, Herbarz Szlachty Śląskiej. Informator genealogiczno-heraldyczny, Katowice 2002, t. 1, s. 188 – 189
[wyjaśnienia: N. – nieznany z imienia lub nazwiska; Uruski – Uruski S., Rodzina, herbarz szlachty polskiej, t I-XV, Warszawa 1897]

BIELIK
(BIELKI von KORNITZ, BILIK)
Stary górnośląski ród, pochodzący z miejscowości Kornice (Kornitz) koło Raciborza (Ratibor). Nazwa miejscowości stała się w Polsce nazwą herbu Kornic. Z Kornic pochodzi kilka rodów szlacheckich, posiadających wspólny herb (zob. Kornitz).
Najstarsze informacje o Bielikach pochodzą z XIV wieku i z zupełnie innego terenu: w latach 1378 – 1379 Tomek Bilik zwany Kornic był urzędnikiem biskupów wrocławskich. W 1397 roku na terenie księstwa niemodlińskiego posiadał majątek „junge Bicklick”; Praschma zalicza go do Bielików. W tym samym księstwie, w 1421 roku, występuje w dokumentach Belig, właściciel Golczowic (Golschwitz) i jego zięć – Jeschke; w tym samym roku Jeschke Bielik i jego zięć N. Sprzedają tę wieś Jorgenowi von Dresske z Magnuszowic (Gross Mangersdorf).
Być może informacje z księstwa niemodlińskiego dotyczą innych Bielików.
W 1422 roku N. Bielik von Kornitz kupił od księcia raciborskiego Jana II Przemyślidy majątki: Zabełków (Zabelkau), Bohumin (Bogumin, Oderberg) i zamek Barutswerda. W 1428 roku był właścicielem Zabełkowa (Zabelkau), Odry (Odrau), Ligoty (Ellguth) i Pudłowa (Pudlau).
W 1435 roku bracia: Sobek Bielik z Bohumina (Bogumin, Oderberg) i Mates otrzymują nagrodę za wierną służbę od książąt Mikołaja i Wacława Przemyślidów opawskich i raciborskich wieś Olza (Olsau).
Największą, ale bardzo krótkotrwałą potęgę tego rodu stworzył Jan Bielik von Kornitz – w latach 1477 – 1490 starosta Górnego Śląska z ramienia króla Macieja Korwina. W 1482 roku kupił on od księcia Jana oświęcimskiego połowę miasta Gliwice (Gleiwitz) z wójtostwem i wsiami: Wójtowa Wieś (Richtersdorf), Ostropa (Ostroppa), Trynek (Trynek), Ligota Zabrska (Ellguth), Wielopole (Wielepole), Leboszowice (Leboschowitz), Smolnica (Smolnitz), Stare Gliwice (Alt Gleiwitz) i wsie: Knurów (Knurow), Bojków (Schoenwald), Żerniki (Zernik), Sobiszowice (Sobieschowitz), Gierałtowice (Gieraltowitz), Przyszowice (Preiswitz) i Krywałd (Kriewald).
Nabył również majątki w okolicy Pyskowic (Peiskretscham), Raciborza (Ratibor) i Hlučina (Hulczyn, Hultschin) na południu.
Jego krewny (brat?) Sobek Bielik von Kornitz posiadał państwo Bohumin (Bogumin, Oderberg).
Jan Bielik za główną swoją siedzibę obrał Koźle (Cosel). W XIX wieku, w czasie remontu kościoła parafialnego w Koźlu (Cosel), znaleziono płytę z herbem Kornic i napisem: „Jan Bielik z Korniz unten hec testudo facta est anno domini MCCCCLXXXIX cura magnifici domini Joannis Bielik capitanei superioris Slezie Anno capitaneatus sui tredecimo”.
Po śmierci Macieja Korwina i podporządkowaniu Śląska królowi Władysławowi Jagiellończykowi w 1492 roku (13.01), został – przez nowego starostę Śląska, księcia cieszyńskiego Kaźka II – uwięziony w Cieszynie (Teschen) i skazany. Odebrano mu majątki. Również Sobek Bielik z Bohumina (Bogumin, Oderberg) został zmuszony w tym samym roku (1.05.1492) do sprzedania swoich majątków Przemyślidzie – księciu Janowi opawsko-raciborskiemu.
Majątki Jana Bielika przeszły na własność korony czeskiej, a następnie zostały sprzedane; Gliwice (Gleiwitz) z okolicznymi wsiami kupił Wilhelm von Pernstein, który następnie odsprzedał je książętom opolskim. Hlučin (Hulczyn, Hultschin) otrzymali Melchior i Baltazar Wilczkowie, Toszek (Tost) – Jan Sokołowski, Koźle (Cosel) – Puta von Riesenberg ze Svihova.
Po tragicznym końcu Jana Bielika, ród ten nie odegrał już większej roli w dziejach Śląska.
Licznie rozrodzeni, należeli do drobnej szlachty, mającej swe majątki głównie na południu Górnego Śląska: w księstwach cieszyńskim, raciborskim, opawskim oraz na Morawach.
W 1512 roku występuje w dokumentach Smil Bielik von Kornitz, właściciel Włodzienina (Bladen) koło Głubczyc (Leobschuetz), w księstwie karniowskim.
W XVI wieku osiedli również w księstwie oleśnickim. W latach 1501-1526 Wacław sen. Bieligk von Kornitz był starostą Namysłowa (Namslau). Bardzo prawdopodobne, że był to syn Jana Bielika, który po tragedii ojca i przymusowym zrzeczeniu się praw do majątków, przeniósł się do tego księstwa.
W 1530 roku Wacław jun. był właścicielem Krasowic (Kraschen) i Lubsk (Laubsky) koło Namysłowa (Namslau), w księstwie oleśnickim. W 1531 roku, w spisie szlachty oleśnickiej, wymienia się Łukasza Bieligka von Kornitz.
Ostatnia informacja o przedstawicielach tego rodu w księstwie oleśnickim pochodzi z 1571 roku i dotyczy Franciszka Bieligka von Kornitz – właściciela Lubsk (Laubsky).

Według Uruskiego – Bielikowie herbu Kornic występowali w XV wieku na terenie Rusi Czerwonej. Należy ich łączyć z działalnością kolonizacyjną Władysława Opolczyka, w drugiej połowie XIV wieku, kiedy to duża grupa rycerstwa górnośląskiego osiedliła się na Rusi Czerwonej.