Nic się nie należy

Mam wrażenie, że naszą polską przypadłością jest założenie: mi się to i to należy. Należy mi się, żeby państwo zrobiło dla mnie cośtam, ktoś inny coś innego etc. Tymczasem trzeba wziąć się samemu do roboty. Możemy biadolić, że nikt nic nie robi. To jednak nie przyniesie żadnego skutku. Okazuje się natomiast, że gdy weźmiemy się do roboty, to może się coś udać. Małymi krokami i do przodu. Jest przy tym potrzebna choć odrobina determinacji, ponieważ trudności przyjdą zawsze, bez względu na to w jakim państwie żyjemy. A nie żyjemy w złym państwie. Wielu ludzi ma dużo gorsze warunki życia i pracy. Niedawno spotkałem się z takim przykładem tego podejścia. Narzekamy, że w Polsce jest pełno śmieci na ulicach, że jest syf. Tymczasem jeden z moich znajomych, który także tak twierdzi, wyrzuca sobie woreczek nylonowy na ulicę, bo nie ma co z nim zrobić. Zwróciłem mu uwagę, że coś jest nie tak, ale jak to bywa w takich sytuacjach, tylko za to oberwałem. Zwróciłem się jeszcze z propozycją, że wezmę ten woreczek i sam go przy okazji wyrzucę. Było jeszcze gorzej…

Reklama

Tolerancja

Zastanawiam się ostatnio nad pojęciem tolerancji. Jest ona wywyższona jako jedna z głównych wartości postępu, kultury, etc. Tymczasem piewcy tolerancji mają bardzo dziwny pogląd. Tolerancyjny jest bowiem ten, kto zgadza się z poglądami piewców tolerancji. Chodzi tu o poparcie dla gejów, aborcji, eutanazji, rozpusty, czyli ogólnie mówiąc zła. Ci zaś, którzy mają inne wartości, m. in. katolicy, są ex definitione nietolerancyjny. To, że nie akceptuje się grzechu, potępia się zło, ale nie osobę, która ma wartość sama w sobie jest więc objawem tolerancji? Czyż nie bardziej tolerancyjny, tzn. otwarty na drugiego człowieka, jest tak naprawdę ten, kto mając własne zdanie, nawet nie zgadzając się ze zdaniem drugiego, mimo to dostrzega w nim wartość? Czy to, że gejowi powiem, że jego skłonność jest zła, to znaczy od razu, że uważam go za godnego pogardy? Właśnie nie! Człowiek, nawet najgorszy, nie zasługuje na pogardę. Być może na współczucie, litość, pomoc, ale nie pogardę. Tymczasem będąc katolikiem czuję pogardę ze strony tych tolerancyjnych, którzy w imię swoiście pojętej tolerancji mogą wchodzić do kościołów, profanować je etc. Żaden katolik nie wchodzi do barów gejowskich i ich nie demoluje, choć nie zgadza się na ich istnienie. Czyż więc w tak pluralistycznym społeczeństwie nie ma tolerancji wobec jednego – katolicyzmu?