Pierwszy w historii Zjazd Oków

Zjazd Oków

Zjazd Oków

Tak, to najprawdziwsza prawda! Odbędzie się długo oczekiwany, jedyny i niepowtarzalny

Zjazd Oków!!!

Tego wydarzenia nie można przegapić. Dlatego zapraszam wszystkich Oków, aby skorzystali z zaproszenia!

Wszyscy Okowie, nieważne czy spokrewnieni ze sobą czy nie, są na ten zjazd bardzo serdecznie zaproszeni. Na spotkanie są także zaproszone osoby blisko spokrewnione z naszym rodem, a nie noszące tego szlachetnego nazwiska.

Zjazd odbędzie się 7 listopada (sobota), roku Pańskiego 2009 w Katowicach.

Program ramowy przewiduje:

15:00 Msza św. w intencji rodziny Oko

16:00 Przyjęcie w Domu Przyjęć Eliza (Stare Panewniki w Katowicach).
Przewidziane są tańce, zabawy, prezentacja (o ile okaże się to możliwe) wielkiego drzewa genealogicznego, może jeszcze inne rozrywki.

Przewidywany koszt całości to około 130 zł. Mam nadzieję, że ceny nie podskoczą do góry!

Proszę już teraz o wstępne deklaracje, kto przybędzie. Proszę w nich o imię i nazwisko 😉 oraz dane kontaktowe, czyli najlepiej adres email i nr telefonu (najlepiej komórkowego). Na razie nic nie trzeba wpłacać.

Kontakt ze mną:
email: ioannes.oculus@gmail.com
gg: 82 73 185
tel. kom.: na prośbę

Prośmy o rozpowszechnienie tego zaproszenia wśród wszystkich Oków!

Pozdrawiają organizatorzy:

Jan Oko – założyciel profilu Ród Oko na Naszej Klasie
Mateusz Oko

Czas się OKOPać :)

W planach były (i są) dwie relacje: z święceń, prymicji oraz z pielgrzymki do Włoch. Jak na razie pozostają w sferze planów. Tymczasem korzystając z promocji mam nową domenę na Okoportalu. Teraz zamiast długiego okoportal.voxlatinae.com jest króciutkie

okop.eu

No i jest nowe forum na forum.okop.eu dla użytkowników Okoportalu i wszystkich krewnych (także tych bardzo, bardzo dalekich). Forum wielojęzyczne o genealogii i nie tylko. To tyle, tak w ramach ogłoszeń. Bo czasu mało, więc nie mam kiedy tutaj coś napisać, ale będę się starał.

Pozdrawiam 🙂

Podziękowania

Ostatnio spotykam się z mnóstwem miłych słów. Nie wiem, czy do końca zasłużenie, ale chciałbym w tym miejscu wszystkim podziękować. Na Naszej Klasie do stałem wiadomość, w której jedna osoba napisała: „a ksiądz jest wporzo”. Bardzo dużo to dla mnie znaczy, bo mam poczucie, że to co robię, robię w miarę dobrze. Wiem jednak, że to co dobre pochodzi nie ode mnie, ale od Boga, który wybrał sobie mnie jako swoje narzędzie. Wiem też, że wiele razy nie okazuję się być dobrym narzędziem, często raczej zasłaniam Chrystusa i za to bardzo przepraszam.

Dziękuję także wszystkim Okom, którzy pojawili się na Naszej Klasie wśród znajomych Rodu Oko, szczególnie tym, którzy korespondują ze mną na wielce mnie interesujące tematy genealogiczne oraz piszących na tamtejszym forum. Dziękuję także wszystkim odwiedzającym serwis Okoportal. Mam nadzieję, że ta strona będzie się prężnie rozwijać i spełniać wasze oczekiwania. Dzięki działaniom różnych osób wiele się ostatnio dowiaduję o historii Oków i mam nadzieję, że uda się mi niedługo napisać jakąś krótką historię rodu. Interesują mnie też inne rodziny moich przodków, jak np. Papiescy, Grafowie, Reichardowie, Bilikowie. Niestety o niektórych z nich wiem niewiele i nie mam skąd (na razie) zaczerpnąć informacji.

Historia rodu Oko

Początki rodu Oko giną gdzieś w mrokach dziewiętnastego wieku i niepamięci żyjących obecnie. Jak wieść głosi nieznany z imienia nasz pradziad miał dwóch synów. Jednym z nich był Andrzej Oko. Drugi, Walenty, miał syna – Jana Oko, profesora na Uniwersytecie Wileńskim. Wracając do Andrzeja, to od niego wywodzimy się my – Oka z Gliwic, Katowic i Poznania. Andrzeja wnuk – Władysław – jest bardzo dobrze znany rodzinie ze Śląska. O samym Andrzeju nie wiadomo wiele. Urodził się prawdopodobnie w połowie XIX wieku, może w latach 60-tych. Zapytacie gdzie? Też nie wiadomo. Być może w Przystani, może w okolicy. Wiadomo, że miał trzech synów: Jana, Piotra i Michała. Zajmę się tu i teraz tylko Janem i jego potomkami.
Jan urodził się w 1889 roku w Przystani (powiat Żółkiew, obecna Ukraina), jako najstarszy syn Andrzeja i Margaritty zd. Keller. Był swego czasu prezesem Strzelca. U nich w gospodarstwie była wtedy najlepsza woda w okolicy. Jego syn – Władysław wspomina, że nawet dziedzic poił u nich konie. Ze wspomnień Władysława wiemy, że na początku II Wojny Światowej stacjonowało u nich wiele Wojska Polskiego. Pamięta całe mnóstwo karabinów, kawalerię stacjonującą w ich gospodarstwie. Armaty i konie były trzymane w pobliskim lesie. Wspominany Władysław jest najstarszym synem Jana. Jan miał ich jeszcze trzech: Tadeusza, Michała i Piotra. W trakcie wojny – 10 lutego 1940 roku nocą – całą rodziną zostali zabrani „na przesłuchanie do Lwowa” – jak poinformował ich wojskowy sowiecki, a tak naprawdę zostali wywiezieni na Sybir. Jan i jego syn – Piotr – mieli już stamtąd nie wrócić. Jan zmarł 20 lutego 1945 roku, cztery lata po swoim synu Piotrze (zm. 10 lutego 1941). Na Ukrainie pozostało wszystko – majątek, dokumenty, pamiątki, etc. Nic z tego nie udało się odzyskać. Ponoć teraz jest w miejscu domu pole. Jest to wielka strata z punktu widzenia historyka rodziny. Gospodarstwo miało 13 ha ziemi ornej, 1,5 ha lasu, dom mieszkalny z werandą, pięcioizbowy, podmurowany, kryty gontem, podpiwniczony, budynek kuźni z wyposażeniem kowalsko – ślusarskim (Jan uczył się rzemiosła kowalskiego u Henryka Oko), murowany podziemny spichlerz na płody rolne, stodołę z dwoma wjazdami, stajnię i chlewy, młociarnię, kierat, kosiarkę, siewnik, sanie, krowy, konie, świnie i drób.
Cofnijmy się jeszcze o dwadzieścia lat. Czasy końca I Wojny Światowej, bądź tuż po. W interesującej okolicy odbywa się wesele! To Jan Oko żeni się z Julią zd. Podhajny. Biją dzwony, trwa zabawa. Był tam zapewne brat panny młodej – Władysław Podhajny. On jeszcze przed 1939 będzie głównym bohaterem kolejnego weseliska. Szczęśliwą wybranką była Praskewia Moroz. Będą mieli trójkę dzieci, m. in. Stefanię, która przyszła na świat 1 marca 1938, niedługo przed tragicznymi wydarzeniami. Jej rodzina wraz z rodziną Jana została wywieziona na Sybir. Po wojnie Stefania pozna czarującego Kazimierza Machaczka, wyjdzie za niego i będą mieli córkę – Joannę, dziś znaną nauczycielkę angielskiego.
Rodzina Stefki też miała gospodarstwo rolne. Właściwie to oba interesujące gospodarstwa były scalone w jedno w praktyce. Jednak z prawnego punktu widzenia Władysław Podhajny miał: 12 ha ziemi ornej, 1,5 ha lasu, dom mieszkalny czteroizbowy, podpiwniczony i podmurowany, kryty gontem, stodołę z jednym wjazdem, stajnię, chlewy, szopę na inwentarz gospodarczy, młociarnię, wozy, sanie, pługi, brony, siewnik, silnik, konie, krowy, owce, drób i świnie.
Z Syberii wrócili i Władysław i Stefania. Wrócili także pozostali braci Władysława i ich rodziny mieszkają w Poznaniu. Władysław ze Stefanią zamieszkali na Śląsku. Z dziejów najnowszych należy zaznaczyć, że 6 stycznia 1952 odbyło się kolejne wesele. Z Francji do kraju wróciła Wanda, która rozkochała w sobie Władysława i doprowadziła go przed ołtarz. Radości było co niemiara, choć czasy były niełatwe. Oni to dali życie Tadeuszowi i Mieczysławowi. Pierwszy z nich ożenił się ze Zdzisławą zd. Porczak i ma dwie wspaniałe córki: Annę i Martę, z których pierwsza pracuje w Komisji Papierów Wartościowych, a druga studiuje. Mieczysław zaś ożenił się z Agnieszką zd. Mazanek i ma dwóch synów: Jana i Tadeusza. Pierwszy jest w Seminarium Duchownym i historykiem rodzinnym (czyli krócej – to ja) i nie zapowiada się by przedłużył ród ;). Cała więc nadzieja w młodszym, świeżo upieczonym studencie socjologi.

Rodzina Reichardt de Reichardsperg

Całość jest cytatem z ksera dokumentu, który mam w posiadaniu.
Franciszek Reichardt de Reichardsperg (senior) i jego żona Józefina Rapalska, która pochodziła z Pesztu to nasi przodkowie. Rodzina Reichardów pochodziła z Austro-Węgier, byli w niej głównie wojskowi. Sygnowali się herbem nadanym po 1790 roku (do 1790 roku tylko 3 róże) w pełnym wizerunku: po trzy róże i lew na przeciwległych polach. Pisownia jest różna, na metryce Józefa Kisielewskiego jest pisane nazwisko „Reichardt”. Na fotografii rodziny Reichardtów jest bardzo dużo węgierskich imion oraz nazw miejscowości. Franciszek był Dyrektorem Lasów u hr Potockiego w Łańcucie. Początkowo mieszkał z rodziną w Dąbrówkach w domu służbowym. Jest to drewniany dworek w centrum Dąbrówek, naprzeciw „domu z kolumnami” po prawej stronie jak jedzie się od Rakszawy. Nieco dalej, na skraju lasu figura św. Józefa z napisem JRR 1899. Jest to wotum dziękczynne Józefiny Reichardowej z uratowanie jej rodziny od zarazy cholery. Po wielu latach pracy i zamieszkiwania na Dąbrówkach, gdzie urodziły się dzieci, np. Zofia, być może, że córki Zofii też, wybudował w Łańcucie dom – willę na owe czasu bardzo nowoczesną, obszerną z wieżyczką podobną w kształcie do wieży kościoła farnego z Łańcuta. Były w tym domu wszelkie udogodnienia, np. winda z kuchni do jadalni. Dziś jest tam urząd podatkowy – jest to posesja za starostwem, po lewej stronie ulicy Rzeszowskiej, jadąc z Łańcuta, granicząca z ulicą Tkacką. Reichardowie szczególnie stary Franciszek pragnął, aby ten dom był wianem dla dzieci i wnuków. Tak się jednak nie stało. Po jego śmierci sprzedano dom Potockiego. W domu Kisielewskich jest dokumen, w którym Aleksander zobowiązuje się spłacić małoletnie Wandę i Łucję jako spadkobierczynie Zofi. Znowuż też słyszałam, że pieniędzy potrzebowała Bogumiła aby ratować swoją Fabrykę. Franciszek i Józefina umarli razem. Anna Kisielewska wiele razy słyszała opowieści o starych Reichardach pielęgniarki i akuszerki, niejakiej Teichmanowej, która mieszkała zaraz koło nas (na ul. Jagiellońskiej) i zachodziła aby popatrzeć na fotografie. Te opowieści były o planach i manierach „Starego”, a takie to, że gdy wynoszono z domu trumnę ze zwłokami Franciszka w 1912, właśnie umierała Józefina i Teichmanowa ją pielęgnowała. Czasem ktoś mówi, że ten dom był Potockiego, nie!, on został upaństwowiony owszem po 45, ale na pewno był własnością Reichardów. „Starych” pochowano w grobowcu na starej części cmentarza w Łańcucie, przy głównej alejce, po prawej stronie, duża smukła kaplica, o ładnych wąskich drzwiach za kratą, u góru bardzo już nieczytelny napis „Boże bądź miłościw”. W tej kaplicy odprawiano zawsze Msze św., dotąd chyba, dokąd żyła Wanda Reichardowa (do 70tych lat), synowa „Starych” (z domu „Nad Stawem”. Należy też pamiętać, że grobowiec ten i kaplica na pewno są Reichardów, a nie Kahanych, czyli rodziny sławnego „Sambry”[nieczyt. – Jan Oko] Kahanego („Bez ręki”) bohatera powstania styczniowego, ojca czy dziadka „Wandy znad Stawu”. W tym grobowcu leżą: Franciszek i Józefina Reichardowie, ich córka Zofia Wyrzych, ich wnuczka Walunia Wyrzykówna, ich wnuczka Wanda Kisielewska, ich synowa Franciszkowa – Wanda Reichardowa, oraz siostra Wandy Krokowska (ponoć na schodach leży trumna). Klucze od kaplicy miał i pewnie ma p. Krokowski z Rzeszowa. Wanda Reichardowa, synowa najstarszego Franciszka (juniora) przepisała po śmierci cały majątek na siebie i potem zapisała na swoje siostry.

Stary Franciszek miał potężną bibliotekę (unikat) o tematyce leśno – myśliwskiej. Pisano o niej w czasopiśmie leśników „Las Polski” – „Co się stało z biblioteką Fr. Reicharda”. Pewnie „poszła” razem z domem do Potockiego. Rzekomo były te zbiory w Julinie, ale chyba za hr. Potockiego. Po wojnie pewnie je zabrał ze sobą.

U nas w domu są zdjęcia Franciszków. „Stary” był surowy. Pewna starsza pani wspominała swoje gimnazjalne czasy (właściwie była w Seminarium Nauczycielskim ss Boromeuszek, na ul. Grunwaldzkiej), kiedy ich nauczycielka przestrzegała aby „nie opierały się o ławkę p. Reicharda, bo on tego nie lubi”. Mieli pięcioro dzieci Franciszka (1), Zofię (2), Stefana (4), Bogumiłę (3), Aleksandra (5).

Na klepsydrze po jego śmierci: ” em. Dyrektor lasów Ordynacji Łańcuckiej”